Im dłużej jestem rodzicem, tym bardziej wiem, że nic nie wiem o rodzicielstwie. Ten stan, w którym wszystko wiedziałam i wszystko umiałam zostawiam za sobą bezpowrotnie. To nieco smutne ale prawdziwe i myślę, że wielu rodziców ten stan rozumie. Coraz bardziej zdaję sie sprawę, jak tak naprawdę mało wiemy, jako rodzice o rodzicielstwie i że ten stan jest normalny.
Pomijając kwestię ewidentnej krzywdy dziecka, – kiedy jest bite, poniżane, maltretowane, pomijając kwestie bezpieczeństwa – to czy tak naprawdę możemy popsuć czy skrzywdzić swoje dziecko?
Z każdej strony bombardują mnie sprzeczne komunikaty. Tak mów, tak nie mów, rób to, albo tego nie rób, poślij do szkoły, nie posyłaj, przedszkola tak, przedszkole nie. Kategoryczne komentarze – tak skrzywdzisz dziecko, a tak nie.
Jak ja bardzo rozumiem rodziców, którzy z tysiąca wytycznych nie potrafią wybrać tego, co naprawdę będzie dobre!
Bitew internetowych, o to czy mówić do dziecka zdrobnieniami, czy może mówić pełnym brzemieniem imienia, jest miliony. Kłócimy się o takie bzdury, zupełnie bez znaczenia. Mówić w taki sposób czy inny. Można oszaleć. Czuję, że rodzicielstwo bliskości jest proste i bardzo intuicyjne, kiedy dziecko jest malutkie. Kiedy malutki człowiek jest większy zaczyna być bardziej wymagające. Czuję, że wymaga się od nas – rodziców – żebyśmy byli zawsze uważni, zawsze rozumni i zawsze dobrze poformowani. A z tym ostatnim to bywa ciężko. Jeżeli musimy wszystko wiedzieć i robić od razu tak jak się „powinno” to ja rozumiem dlaczego ludzie boją się rodzicielstwa bliskości. Bo nie widzą tego jednego małego detalu… jakiego? Można go podsumować jednym zdaniem, ale żeby je poznać musicie czytać dalej, o tym jak poległam na rodzicielskiej drodze i jak ani trochę nie czuję się temu winna.
O ile w niemowlęctwie wszystko zależy od nas, o tyle w doroślejszym rodzicielstwie już cały w tym ambaras żeby dwoje chciało naraz. Masz dziecko – jego już mocno artykułowane potrzeby – i rodzica i jego mocno artykułowane potrzeby. I kiedy ścieramy się w tych potrzebach, odnajdujemy tą prawdę o rodzicielstwie.
W zeszłym tygodniu spędziłam bardzo dużo czasu z Gill Rapley. Specjalistką od żywienia i rodzicielstwa. Wierzcie lub nie, ale nie rozmawiałyśmy o papkach i kawałkach, ani o karmieniu piersią przez cały czas. Wręcz przeciwnie. Rozmawiałyśmy nawet o kejsie reklam z Lewandowskim. Generalnie rozmowy na temat rodzicielstwa pojawiały się w tle. Kiedy jesteś w obliczu eksperta to jakoś czujesz się podświadomie zobligowany do bycia na 100% poważnym i uważnym. Z Gill było inaczej. Było po prostu normalnie.
Kiedy razem z Gosią – Prezeską Fundacji – szłyśmy po parku w Wilanowie i śmiałyśmy się bóg wie, z czego, nagle przyszła mi do głowy, w jakimś dziwnym kontekście, opowieść o tym jak moje dziecko zaczęło mówić do ojca po imieniu.
Im dalej w rodzicielstwo tym bardziej wiem, że raczej nie ma ani złego postępowania, ani dobrego, w takim przypadku. Nie ma, że jak po imieniu to źle, a jak per mamo i tato to dobrze. W ogóle rodzicielstwo nie jest zero jedynkowe i nie da się powiedzieć, że akurat to, co u mnie się wydarzyło jest spoko a to, co u kogoś innego to już fe.
Anyways, sens w tym, że jakoś tak wyszło, że z mężem tego feralnego dnia, powiedzieliśmy dziecku, że chcemy żeby mówiło do nas tato i mamo i na takie zwroty będziemy reagować a na inne nie. To mógłby być koniec historii, ale…
Gil zaciekawiona tą koncepcją i rozwiązaniem przeze mnie tej sytuacji opowiedziała nam o mamie, która w takim momencie powiedziała dziecku tak:
– Tylko ty jedna jedyna na całym świecie możesz mówić do mnie „mamo”. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo to sprawia że słysząc słowo „mama” czuję, że nasza więź jest jedyna w swoim rodzaju na świecie.
Poczułam, że się rozpadam. Takie banalne i płynące z serca wyjaśnienie vs. moje płaskie i mało bliskościowe rozwiązanie. Czy ja w ogóle myślałam jak tą kwestię omawiałam z moim dzieckiem? Gdzie ja miałam rozum?
I wtedy, w tym momencie, przyszło do mnie objawianie. Objawienie, które już nie raz do mnie przychodziło, kiedy orientowałam się, że popełniłam błąd.
– Agata – powiedziala Gill spokojnym I wyluzowanym głosem – You do what you can with the resources and knowledge you have at that point, and anytime you can change it. Now you can do this in a different way.
I oto jest cała prawda naszego rodzicielstwa. Naszych zmartwień i wyrzutów sumienia. Naszego filozofowania czy aby mówimy dobrze do dziecka, czy odpowiednio ubieramy w słowa nasze myśli, czy dobrze się przy nim zachowujemy i czy się staramy.
Zdanie, które przewija się przez całe moje rodzicielstwo i znów uderza mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Słowa, które rozjaśniają mroki i smuteczki matki błądzącej. Walą cię w policzek i stawiają do pionu, a jednocześnie przyjacielsko klepią po plecach. Wiesz, że zrobiłaś coś źle i jednocześnie wiesz ze jest dla ciebie szansa. Dostajesz nadzieje wtedy kiedy chcesz sobie powiedzieć, że jesteś ostatnią matką świata.
Jednocześnie czuję, że właśnie to pozwala mi się otworzyć na cudze macierzyństwo. Był czas, kiedy wybory innych bolały mnie, bo nie były takie jak moje. Podświadomie gniew na innych jest nieprzepracowanym problemem naszym własnym. Dzisiaj rodzicielstwo innych nie jest moim rodzicielstwem. Nie mam potrzeby rozpracowywania tego, co robi Mama Zosi a co Mama Kasi. Dzisiaj po raz kolejny wiem, że one też robią, co mogą z zasobami i wiedzą, którą posiadają w danym momencie. Tak jak ja.
A na koniec dnia liczy się to, że moje dziecko trzyma mnie za rękę i mówi „Bardzo cię kocham mamo” a na przywitanie do ojca mówi „Tato, bardzo się stęskniłem”. I już wiem, że to całe rodzicielstwo bliskości lepiej czy gorzej ale jednak wychodzi mi na plus.
Komentarze