Każda z czytelniczek bloga może wysłać do mnie – także anonimowo – opowieść o swojej drodze mlecznej o walkach jakie stoczyła, żeby udało się karmić dziecko tym co najlepsze – mlekiem mamy. Forma tej opowieści może być dowolna.
Wiem, że takie historie mogą napełnić serca i umysły mam karmiących piersią a będących w kryzysie nadzieją i siłą, której na pewno potrzebują.
Dzisiaj ósma opowieść
Mam na imię Ewa, jestem mamą 15 miesięcznego Wojtka.
Ciążę wspominam przyjemnie, choć Wojtek nie spieszył się na świat i postanowił się objawić 5 dni po terminie. Poród nie był ani ciężki ani lekki, fizjologiczny, wszystko przebiegło tak jak powinno.
Kiedy przypomnę sobie jak pierwszy raz zobaczyłam dzieciątko to nadal serce oblewa mi się ciepłem – tak to cudowne uczucie. Synka natura obdarzyła śliczną buzią i nie mogłam wprost uwierzyć, że jest tak wspaniały.
Nie wiem dlaczego, ale do porodu podeszłam jak do zadania do wykonania. Po wszystkim poczułam ulgę i miałam wrażenie, że to co trudne już za mną.
Ech… Po czasie widzę, że niewystarczająco przygotowałam się do początku macierzyństwa i karmienia piersią, mądra Polka po szkodzie…
Wojtka na brzuchu miałam kilka minut, taki szpital. Po porodzie próbowałam przystawić go do piersi, ale ten leniuch od razu zasnął. Trzeba mu oddać, że w szpitalu pozwolił mi wypocząć. Budził się co 5 godzin, ale już tak głodny, że zanim chwycił pierś zdrowo się napłakał i nadenerwował. Położne uczynnie przychodziły i pomagały przystawiać małego. Ze szpitala wypisali nas tak na prawdę po 2 dobach. Nawału pokarmu nie było i nic nie zapowiadało, żeby miał być.
Pierwsze co zrobiłam po przyjściu do domu to odciągnięcie pokarmu laktatorem. Jakie było moje przerażenie gdy okazało się, że jest go 30 ml… Dlaczego to zrobiłam nie wiem, chyba brak pewności siebie – chciałam w sposób miarodajny ocenić laktację i czy dam radę.
Do dziś tego żałuję.
4 dni po urodzeniu Wojtka dowiaduje się, że zmarła moja mama. Czerniak, choroba trwała pół roku. Na pogrzeb nie jadę, nie jestem w stanie.
Tutaj następuje tragiczny, męczący dla czytającego akapit opisujący karmienie mieszane, odciąganie pokarmu, starania, płacze moje i dziecka, wreszcie odstawienie od butelki i przejście na pierś, oczywiście urozmaicone bolesnymi zastojami pokarmu oraz bardzo bolesnymi pęknięciami brodawek. Obu. Opis ten jest uzupełniony pozytywnym przedstawieniem p. położnej, która wspiera dobrą radą i daje nadzieję, że sobie poradzimy. Oraz opisem bohaterskiej postawy męża.
Cierpliwej, dobrej, pełnej miłości do dziecka i do mnie.
Przypuszczam, że to była depresja poporodowa.
Nie baby-blues, tylko depresja. Trwała ok. 4-5 miesięcy. Pamiętam, że mąż mówił o naszym malutkim synku – „Zobacz jaki on śliczny, jaki kochany”, a ja myślałam z przerażeniem „Boże, za pół godziny się obudzi na karmienie”.
To nie było zdrowe.
Ale minęło.
Po wyjątkowo ciemnej zimie przyszła nieco jaśniejsza wiosna. Nauczyłam się współpracować z Wojtusiem, jadł moje mleczko, rósł, rozwijał się pięknie. Tak jak pisałam czytanie Twojego bloga uświadomiło mi, że synek jest za malutki, aby płakać złośliwie. Popłakałam się kiedyś, bo właśnie Twój wpis uświadomił mi jak głupio i niedorośle się zachowuję w stosunku do niemowlaka.
Ze swojej strony chciałabym radzić przyszłym mamom, żeby dobrze przygotowały się do początku macierzyństwa. Karmienie piersią nie jest rzeczą oczywistą ani tak łatwą jak się wydaje. Oczywiście jest grupa kobiet, która nie ma z tym żadnego problemu i wszystkim życzę, żeby do tej grupy się zaliczały.
Chcę również dodać otuchy wszystkim kobietkom, które mają problemy z karmieniem, cierpią z powodu samotności, niemocy, bezradności i zwyczajnie mają dość.
To minie.
Dziecko szybko się rozwija, a problemy z czasem maleją i znikają. A z własnego doświadczenia mogę napisać, że karmienie piersią, choć okupione bólem, stresem i łzami stało się błogosławieństwem.
Ostatecznie któregoś dnia gdy mąż mówił „Ale Wojtek ślicznie je” poczułam wreszcie TO i pomyślałam – „Tak, nasz synek jest cudowny”.
Pozdrawiam ciepło,
Ewa

Komentarze