Międzynarodowe Targi Książki we Frankfurcie


Kiedy kilka tygodni temu moja szefowa zawołała mnie do siebie i oznajmiła, że lecimy do Frankfurtu na targi, ugięły się pode mną kolana. Kto mnie zna, ten wie, że nawet patrzenie na samoloty sprawia, że mam lęki. Około dwóch tygodni zbierałam się, żeby dać jej mój dowód żeby można było kupić bilety. Planowałam co sobie złamać żeby nie pojechać, albo jak się rozchorować. Na szczęście nic mi się nie stało i pojechałam, tfu, poleciałam.

Przed wylotem powiedziałam, kto ma się zająć blogiem jakbym spadła z samolotem na ziemię i pożegnałam się z rodziną. Zjadłam ostatnią wieczerzę w postaci falafli z ryżem i trzymając się kurczowo kurtki mojej szefowej wsiadłam do samolotu. Przyznaję bez bicia – gdyby nie wino na pokładzie, to chyba bym oszalała. Na szczęście leciałyśmy zacnymi liniami – Lufthansą (jak to powiedział pilot „Safety first”) i nawet nie było tak straszno.

Same targi – jedne z największych targów książki na świecie – odbywały się w gigantycznej przestrzeni Frankfurt Messe. Szefowa od początku mnie ostrzegała, że każdego dnia targów, jak wejdziemy rano do hal, to wyjdziemy wieczorem z nogami opuchniętymi i obolałymi.

– Na targach książki? – Pomyślałam – Nigdy w życiu! Ile można łazić po targach książki?!

Ale się myliłam

Kiedy w czwartek rano dojechałyśmy na miejsce już wiedziałam, że przez następne dni moje nogi będą zmasakrowane.

Osiem wielkich hal, książki z całego świata, imprezy towarzyszące… Nie sposób tego opisać. Daje to nadzieję, że jednak świat kocha czytać i kocha wydawać książki. Wyszłam na cztery dni z rodzimego świata literatury i poczułam literacki powiew świezości. Cztery dni marszu przez hale, oglądania cudeniek dla dzieci i dorosłych.

Hale europejskie zdominowane w mojej opinii były przez literaturę skandynawską. Co chwila stawałam przy książkach, z których nic nie rozumiałam i zachwycałam się nimi, bo trudno było się nie zachwycać. Fascynująca była strefa anglojęzyczna zdominowana przez USA i UK. Literatura w USA – okładki, skład, tematyka – to zupełnie jakiś kosmos dla takiej Europejki ze wschodu jak ja. Może, dlatego tak bardzo mnie zachwyciła ich oferta – brałabym wszystko jak leci. Piękne stanowisko miała także Brazylia, a zupełnym odlotem były strefy bliskiego wschodu i świata arabskiego. Polskie stanowisko – co nieco smutne – nie było do końca dopracowane, bardzo mało było w nim przestrzeni i nie grzeszyło atrakcyjnością. Ale, ale reprezentacja była liczna i to jest ogromny plus. My pojechałyśmy tam z naszymi Kolorażami i książką kucharską „AlaAntkowe BLW”.

Daleki wschód – Chiny, Japonia, Indonezja – też były dla mnie literackim szokiem kulturowym. Myślicie – chińska tandeta, koreański badziew… Owszem, było tam dużo kolorowej tandety (mam wrażenie, że skrojonej dla Europy i mogę nawet palcem pokazać gdzie takową można znaleźć w kioskach polskich), ale były też unikalne książki, dopracowane w najmniejszym szczególe, małe arcydziełka.

Oczywiście moje bystre oko wypatrzyło książki o karmieniu piersią, z karmiącymi matkami na okładkach i o doulach 🙂

Powrót samolotem był koszmarem. Najpierw wymieniali maszynę, bo była awaria i opóźnienie wylotu trwało godzinę czterdzieści, a potem pilot zasuwał do Warszawy i dolecieliśmy tylko czterdzieści minut później. Znów ratowałam się piwem. Fakt, że lądowaliśmy w gęstej mgle sprawił, że nie widziałam momentu zniżania się do lądowania, ani świateł Warszawy i nagle w nicości za oknem poczułam „bum”. Ku uciesze współpasażerów, co i rusz pytałam czy to co się dzieje na pokładzie „jest normalne”, a jak wysiadałam pewien rubaszny Włoch, który mówił po Polsku rzucił do mnie z uśmiechem „A jednak się udało!”. Teraz mam dylemat bo są też targi w Pekinie i New Yorku ale tam się leci nie godzinę – półtorej a ponad dziewięć!

Trochę mi się smuciło we Frankfurcie, że nie spotkałam żadnej znanej czy medialnej osoby z Polski na targach (ktoś był?). Za to cieszę się, że spotkałam zaprzyjaźnionych księgarzy! Szkoda, że takie małe zainteresowanie w Polsce książką, bo targi tak blisko.

Różnicę w czytelnictwie widać wg mnie gołym okiem. W strefie niemieckiej – tej najbardziej obleganej – fani serii książkowych, poprzebierani za postaci z książek, spotykali się i dyskutowali o literaturze. Młodzież waliła drzwiami i oknami na spotkania autorskie i zloty. Jednocześnie w kilku spotkaniach literackich udział brało po kilkadziesiąt, a na niektórych stanowiskach nawet kilkaset osób. Czegoś takiego nie widziałam na żadnych naszych rodzimych targach. Nawet, jeżeli na jednym takim spotkaniu było mnóstwo osób, to w międzyczasie nie trwa tak licznie oblegane inne. We Frankfurcie było inaczej! Jeszcze nam brakuje trochę tej kultury czytania, pędu do książki, doceniania wartości literatury. Czytanie nadal nie wydaje mi się w Polsce „trendy”.

Oby to się zmieniło, bo chciałabym żeby kiedyś to w Polsce odbywały się takie targi. Dla porównania niebawem czekają mnie kolejne targi – ale o zasięgu krajowym. Dadzą radę?

IMG_1322 copy

IMG_1321 copy

IMG_1316 copy

IMG_1309 copy

IMG_1301 copy

IMG_1293 copy

IMG_1389

IMG_1366 copy

IMG_1362 copy

IMG_1355 copy

IMG_1354 copy

IMG_1344 copy

IMG_1336 copy

IMG_1335 copy

IMG_1334 copy
IMG_1327 copy

 

IMG_1350 copy

IMG_1360 copy

IMG_1338 copy

Hafija

Nazywam się Agata. Hafija.pl to najlepszy mainstreamowy blog o karmieniu piersią.

9 komentarzy

  • Pam
    19 października 2015 at 21:06

    Nie bedzie takich w Pl bo nie ma TAKICH lokali 😀 przytloczylo mnie to zupelnie! Moglabym tam zamieszkac. Niestety dziecko niezbyt pozwolilo nawet ogladac, bo oprotestowywala wszystko – nosidlo, rece, chodzenie, siedzenie – ale i tak ja przymusilam do poltorejgodzinnej szlajaniny 😉 i MAM: notes z Banksym, pocztowke z fotografia fotografa ktorego dziela mnie zachwycily i mial polskie nazwisko, a przedstawia ona oczywiscie kp 😀 i dwie kartki swiateczne – takie, k…, kartki swiateczne ze mi szczena opadla!

    No a najgorzej ze nie dotarlam do Was…. 😉

    • Hafija
      19 października 2015 at 21:13

      Nooo, tak blisko, a tak daleko 🙂

  • TosiMama
    19 października 2015 at 21:10

    Zazdroszczę… Wiem, że to nieładne, ale nic na to nie poradzę, zazdrość mnie zżera:D

  • Izabela
    20 października 2015 at 11:57

    Po tej duchowej strawie powiem prozaicznie:trochę może i nie ma trendu,ale i funduszy w naszym pięknym kraju…przykre to,ale najpierw kupisz chleb,później książkę,więc wydawnictwa mają niełatwo.Bo kto ma czytać,sposób znajdzie.

  • Tosinkowo
    22 października 2015 at 10:59

    Ależ piękne widoki! Co tam strach przed lotem, jak później taka uczta dla oka ;))

  • Ada
    25 października 2015 at 23:11

    Muszę mieć te ksiązki!
    „The doula”. „Counseling the nursing mother” wow!

  • Kasia w San Francisco
    30 października 2015 at 22:43

    Latanie jest jakby czescia mojego DNA. Rodzina w Polsce, maz z Nowe Zelandii, a dom w Dolinie Krzemowej. Latamy non stop, przyznam ze stalam sie w tym mistrzem, jednak do tej pory nie znosze turbulencji. Niedlugo zostana mama malej bebe i latanie z dzieckiem bedzie dla mnie kolejnym wyzwaniem:) Serdecznie pozdrawiam z cieplej Kalifornii.

  • Lady M.
    31 października 2015 at 01:30

    Może to głupie pytanie, ale… dlaczego nie pojechałyście nocną kuszetką? 🙂
    Targi we Frankfurcie mają w sobie wiele elementów, również element konwentu fantastycznego (a przynajmniej miały kilka lat temu, kiedy zdarzyło mi się na nich być) – u nas tego typu imprezy organizowane są oddzielnie. Wtedy można zobaczyć tabuny poprzebieranych ludzi 🙂
    Pozdrawiam 🙂

    • Hafija
      31 października 2015 at 19:24

      a wiesz ile taka kuszetka jedzie? 😛

skomentuj

Bezpłatne tapety

Bezpłatne e-booki