Opowieści Alma Mater cz. piąta historia Ewy


Dzisiaj piąta historia karmienia piersią. Swoją przygodę z karmieniem piersią opowiada Ewa z bloga Piegami do Góry
Każda z czytelniczek bloga może wysłać do mnie – także anonimowo – opowieść o swojej drodze mlecznej o walkach jakie stoczyła, żeby udało się karmić dziecko tym co najlepsze – mlekiem mamy. Forma tej opowieści może być różna.Wiem, że takie historie mogą napełnić serca i umysły mam karmiących piersią a będących w kryzysie nadzieją i siłą, której na pewno potrzebują.

Kiedy zaszłam w drugą ciążę niczego nie bałam się tak jak początków karmienia piersią. 

Poród? 
 
Cóż, ten pierwszy wspominałam z sentymentem, nie pamiętam bólu, poszło szybko i sprawnie. Ciąża też była idealna, wszystko szło jak należy, czułam się piękna, kochałam swój brzuch, było fantastycznie.Pierwsze trzy miesiące po porodzie było koszmarne. Gdy przypominam sobie moje karmienie w tamtym okresie przechodzą mnie ciarki. Całą drugą ciążę na wspomnienia tego okresu czułam się źle, bałam się.

Córka już w szpitalu w pierwszej dobie życia dała mi do zrozumienia, że nie będzie tak pięknie jak przedstawiają to obrazki w gazetach dla kobiet w ciąży i mam. Nie chciała ssać z lewej piersi w ogóle. Personel szpitalny bardzo mi pomógł i jakoś po wielu próbach w końcu córka ssała z tej lewej piersi, ale gdy w domu zostałam w zasadzie sama z tym problemem już nie było tak łatwo.

Z moją położną środowiskową przeszłyśmy przez koszmar przystawiania. Młoda ssała w końcu jak należy, ale to tak naprawdę był dopiero początek męki.

Dzień 10 kwietnia 2010 roku na zawsze zapamiętam, nie dlatego że tego dnia w Smoleńsku rozbił się Tu-154, lecz dlatego że właśnie tego felernego dnia na mojej brodawce zrobiła się wielka bolesna rana, która nie zagoiła się przez kolejne sześć tygodni. Druga brodawka wyglądała trochę lepiej, ale też była poraniona. Jeśli, któraś mama wie czym są popękane brodawki i w tej chwili myśli sobie: „Oj biedna, wiem co czułaś”, to odpowiadam: „pewnie nie wiesz” to nie były klasyczne pęknięcia, to były wielkie głębokie rany. Rany po których pozostały blizny, rany, które nie chciały się za nic goić.

Bolało potwornie. Laktator nie był rozwiązaniem, bo też odciągał pokarm bardzo boleśnie. Odciągałam ręcznie, ale gdy tylko zauważyłam, że Córka zbyt przywiązuje się do butelki przestałam odciągać i podawałam jej moje poranione piersi. Nie goiło się, a poziom mojej frustracji i chęć zrezygnowania z karmienia sięgały już zenitu.

Nie poddałam się. Co rusz próbowałam jakiś cudownych specyfików proponowanych przez doradczynię laktacyjną, nie pomagało, ale wciąż miałam nadzieję, z każdą kolejną tubą maści zakupioną w aptece.

Gdy zaczęło się goić i przestało boleć Martyna miała prawie 6 tygodni. Wszystko zaczęło nabierać kolorów, a ja byłam już pewna, że mój koszmar się kończy. W końcu! Przecież naprawdę już gorzej być nie może!

Mogło. 
Było.
 
Po pierwszym szczepieniu zaczął się kolejny koszmar. Jeszcze straszniejszy. Jak bliska byłam wtedy zakończenia mlecznej drogi doskonale pamiętam. Martyna nie chciała ssać piersi. Chwytała ją, rozpoczynała ssanie, po kilku minutach odrywała się z wrzaskiem takim jakby ją ze skóry obdzierali i darła się tak długo dopóki nie dałam jej mleka w inny sposób. Podawałam łyżeczką, strzykawką, kubeczkiem, a także butlą. Problem polegał na tym, że nie nadążałam z odciąganiem. Moje piersi przestały współpracować z laktatorem. Na ręce miałam odciski od tego ręcznego pompowania. Mąż kupił mi laktator elektryczny, bo widział, że jego sugestie, aby po prostu podać mieszankę nie będą przeze mnie brane pod uwagę. Martyna zaczęła słabo przybierać na wadze, co w połączeniu z tym, że byłam w stanie totalnego załamania sprawiło, że pokarm z piersi wydobyć było jeszcze trudniej. Kilka razy podałam mm.Wspominając siebie z tamtego okresu nie pamiętam niczego poza odciąganiem pokarmu. Laktator jawi mi się jak jakieś średniowieczne narzędzie tortur. Odciągałam ciągle. W nocy nastawiałam budzik, żeby odciągać. Każdego dnia wstawałam z łóżka z nadzieją, że może dziś ten koszmar się zakończy. Każdego dnia walczyłam z wrzaskami Martyny, próbując pomimo nich podać jej pierś. Nie poddałam się. To trwało bite sześć tygodni. Najgorsze sześć tygodni mojego życia, kiedy tylko doradczyni laktacyjna była dla mnie wsparciem. Reszta ludzi uważało, że męczę i głodzę swoje dziecko.

Jeżeli kogoś dziwi dlaczego tak bardzo jestem ześwirowana na punkcie karmienia piersią i dlaczego tak uparcie powtarzam, że w przypadku kp chcieć to móc pewnie po tym wpisie przestanie się aż tak bardzo dziwić.

To były potworne początki mojego macierzyństwa i naszej mlecznej przygody, ale wiem że było warto. Z pełnym przekonaniem mówię, więc każdej mamie, która ma wątpliwości „Dasz radę, jeśli naprawdę chcesz karmić”.

Dziś, gdy po prawie szesnastu miesiącach zakończyłam karmić moje drugie dziecko, wiem że ten czas, gdy było ciężko nie ma znaczenia. To uczyniło mnie silniejszą i nigdy po tym już nie dałam sobie wmówić, że jako mama coś robię źle.

Każdej mamie życzę z całego serca tyle siły i tyle determinacji ile ja miałam. Myślę, że każdej z Was może się udać mimo początkowych trudności. Trzeba po prostu zaufać intuicji.

PozdrawiamPiegowata Mama

Hafija

Nazywam się Agata. Hafija.pl to najlepszy mainstreamowy blog o karmieniu piersią.

30 komentarzy

  • piegowata mama
    21 grudnia 2013 at 08:06

    Sama to napisałam, a i tak mnie wzruszyło. Tęsknię za kp. Dzięki Agata za publikację mojej historii :*

  • Anonymous
    21 grudnia 2013 at 09:54

    A dla mnie to jest przerazajace. Karmie piersia, ale to co przeczytalam po prostu mnie przerazilo. Nie pojmuje dozenia do kp za wszelka cene, torturowania siebie i dziecka, na pewno ta dziewczynka byla super szczesliwa gdy jej mama "walczyla codziennie z jej wrzaskami" i spedzala czas odciagajac non stop zamiast przytulac ja i cieszyc sie nia byle tylko nie podac mm.Fanatyzm.
    Tasinka

  • Hafija
    21 grudnia 2013 at 10:03

    Kwestia priorytetów – przy wyborze moja radość lub walka o to co najlepsze dla dziecka wybrałabym jak Ewa – walkę o mleko. Poddać się jest łatwo, równie łatwo jest ocenić jako "fanatyzm". Przykre

  • piegowata mama
    21 grudnia 2013 at 10:07

    Tak to toeturowałam moje dziecko. Jak się dopisuje coś co nie zostało napisane to również z takiej historii można zrobić horror dziecka. Pozdrawiam Anonima i Wesołych Świąt.

  • Anonymous
    21 grudnia 2013 at 11:19

    To jest bardzo smutne, że ktoś może na podstawie takiej pięknej historii tak złośliwie ocenić działania Pani Ewy. Dlaczego nie możemy uszanować wyboru i działań drugiej matki? Jak zwykle najłatwiej jest wytykać innym to co się nam nie podoba.
    Pani Ewo podziwiam Panią, bo stoczyła Pani wielki bój i wygrała Pani!
    Aśka

  • Megi W
    21 grudnia 2013 at 11:29

    mocna historia,tez mialam gleboko popekane brodawki,goily sie rowno 4tygodnie. stoczylas ciezka walke,ale wygralas,podxiwiam! sama karmie liersia prawie 15 mcy,i uwazam,ze nie ma nic cudniejszego:-) pozdrawiam cieplo

  • Ania
    21 grudnia 2013 at 11:36

    Moje kp od początku było przyjemne. Jestem szczęściarą. Ale gdybym musiała podjąć walkę nawet jeśli byłaby okupiona moim bólem, wysiłkiem i niewygodą to podjęłabym ją jak Ewa. Bo to walka dla dziecka nie przeciw niemu.

  • Ania
    21 grudnia 2013 at 11:39

    Moje kp od początku było przyjemne. Jestem szczęściarą. Ale gdybym musiała podjąć walkę nawet jeśli byłaby okupiona moim bólem, wysiłkiem i niewygodą to podjęłabym ją jak Ewa. Bo to walka dla dziecka nie przeciw niemu.

  • Anonymous
    21 grudnia 2013 at 16:00

    Czytam tą trudną historię. Czytam o potwornych początkach macierzyństwa, o walce z wrzaskami córki, o koszmarze, najgorszych tygodniach życia, o porównaniu laktatora do narzędzia tortur. Ewa pisze, że było warto. To była jej droga, jej wybór, jej decyzje. Kilkakrotnie czytając to w głowie pojawiało mi się pytanie: dlaczego? Dlaczego kobiety chcą aż tak cierpieć, dobrowolnie rezygnować z najpiękniejszych, pierwszych wspólnych tygodni z dzieckiem? Czasu kiedy dziecko potrzebuje bliskości, spokoju, bezpieczeństwa? Przeczytałam ten tekst i nie znajduję odpowiedzi. Wiem, że karmienie piersią jest jednym z elementów dającym bliskość i bezpieczeństwo. Ale tę bliskość i bezpieczeństwo można też budować w inny sposób. Szczęśliwa i uśmiechnięta mama jest na pewno jednym z tych elementów. Wiem, że mleko matki jest dla dziecka najcenniejsze. Ale Ewa nie pisze o początkowych trudnościach z karmieniem, pisze o traumatycznych, pełnych cierpienia doświadczeniach. Zastanawia mnie motywacja takiej/takich decyzji. Czy to lęk matek przed byciem "gorszą", bo nie karmiącą piersią matką? Strach, że tylko karmiąc piersią można nawiązać tą jedyną i niepowtarzalną więź? Że mleko modyfikowane otruje dziecko? Próbuję zrozumieć, ale nie udaje mi się. Chętnie się dowiem, jeżeli ktoś miałby ochotę podzielić się swoimi motywacjami.
    Jestem ogromną zwolenniczką karmienia piersią. Jednak nie takiego za wszelką cenę, odbierającego radość, przynoszącego ból i cierpienie. Tyle (nawet na tym blogu) pisze się o tym, że mamy powinny pamiętać też o sobie. Być dla dziecka, ale też dla siebie. Tutaj tego nie widzę niestety.
    Nie jest moją intencją ocenianie kobiet, które taką drogę wybierają. Jak napisałam, bardziej próbuję zrozumieć.
    Chciałam jeszcze odnieść się do całego cyklu. Bo pokazuje on trudne i często traumatyczne początki karmienia. Gloryfikuje kobiety, które za wszelką cenę, z ogromnym poświeceniem, wyrzeczeniem i bólem karmią piersią. W imię czego?
    Kobiety, które nie mają tyle siły nie są gorszymi matkami, może watro o tym pisać. O tym, jak bolesne są czasami decyzje o niekontynuowaniu karmienia, jak trudno się z tym pogodzić, a czasami trzeba.
    Karolina

  • Hafija
    21 grudnia 2013 at 16:06

    Odpowiem tak, jeżeli jakaś mama z jakiegoś powodu czuje się gorsza to jest niestety tylko i wyłącznie jej emocje i jej odczucia. Jeżeli jakaś kobieta chce walczyć mimo takich przeszkód to jest to jej decyzja i tak naprawdę nikt nie musi tego rozumieć Cykl pokazuje, że mimo przeszkód można karmić i warto walczyć żeby dawać dziecku to co najlepsze – taka jest myśl tego cyklu i tego bloga. Kobiet które walczą z przeciwnościami jest bardzo mało, mało karmi przez pół roku, przez rok zaledwie kilka procent kobiet – są one w mniejszości i to dla nich jest ten cykl. Na inne cykle może znajdzie się miejsce w innych miejscach w sieci.

  • piegowata mama
    21 grudnia 2013 at 16:28

    Ja natomiast nie rozumiem jak można się poddawać po pierwszej porażce i nie walczyć. Podjęłam decyzję, że póki starczy mi sił i póki dziecku nie dzieje się krzywda nie poddam się i tak zrobiłam. Jak piszę miałam wsparcie konsultantki laktacyjnej, więc wiem że nie robiłam nic złego. Resztę okresu karmienia wspominam bardzo dobrze i dzięki temu co przeżyłam między mną i córką zrodziła się silna więź czuję to wyraźnie. Nie oczekuje zrozumienia po prostu pokazuje, że warto walczyć, bo kupić mm to żadna sztuka. Jestem silna i nie poddaję się jeśli ktoś to czyta inaczej to nie mój problem. Pozdrawiam

  • piegowata mama
    21 grudnia 2013 at 16:33

    Chciałam jeszcze dodać, że gdybym się poddała na pewno nie byłabym "szczęśliwą i uśmiechniętą mamą" którą jestem dzięki temu, że zwyciężyłam, nie poddałam się i że nie będę przez resztę życia mówić "karmiłam butlą, ale…" jak to robi zdecydowana większość mam, które poddały się bez walki 🙂

  • Oczytana Mama
    21 grudnia 2013 at 21:16

    A dla mnie przerażające jest KARMIENIE SZTUCZNE, bez podejmowania jakiejkolwiek walki o KARMIENIE NATURALNE. Co za tym idzie to raczej w tym przypadku występuje "torturowanie" dziecka i siebie. Najpierw kolkami po jednym mleku, potem zaparciami po drugim, zmiana na następne mleko i luźne kupki, kolejna zmiana i bóle brzuszka, a jeszcze następna wymioty i wysypka. Odbieram to jako testowanie sztucznego mleka na swoim dziecku i zatracenie wyboru jakościowego pokarmu i jego wartości byle tylko tym razem kolejne mleko okazało się bezproblemowe. I to raczej w tym wypadku nie ma czasu na przytulanie czy cieszenie się sobą wzajemnie, bo trzeba biegać po lekarzach, a potem w poszukiwania sztucznej mieszanki, która w końcu nie wywoła żadnych dolegliwości u dziecka.

  • Anonymous
    21 grudnia 2013 at 21:24

    Ja podziwiam Ewę.Sama karmię piersią moją córeczkę, już trzynastomiesięczniaczkę:D Jestem z tego dumna. Nie mogę powiedzieć, że nasze początki były trudne, ale do najłatwiejszych nie należały. Poobgryzane brodawki bolały, ale zacisnęłam zeby a mała zasypiała z uśmiechem na ustach. Potem na jednej piersi pojawiały sie co jakiś czas pęknięcia, które także bolały przy ssaniu. Ale to były tylko nieliczne momenty bólu. A ileż pięknych radosnych chwil :)Ewinku dziekuję Ci, bo m. in. dzięki Twoim radom u nas na forum nastawiałam się na kp i dałam rade:)
    Sylwunia8989:D

  • Oczytana Mama
    21 grudnia 2013 at 21:46

    Tak jak wyżej napisałam, cierpią nie tylko te matki , które walczą o karmienie piersią, ale również i te, które wybrały karmienie sztuczne. Tyczy się to również dzieci. Tyle, że te walczące o naturalne karmienie cierpią w słusznej sprawie i moim zdaniem to dodaje im sił, bo wiedzą, o co walczą, a mianowicie o pokarm, który ma tysiące właściwości poza żywieniowych i jest niemożliwy do wyprodukowania na drodze procesu technologicznego. Pokarm, który nie tylko zapełnia brzuszek dziecka, ale także spełnia mnóstwo innych bardzo ważnych funkcji (tu można było by cały dzień pisać). Zdają sobie również sprawę, że ta walka to ich jedyna szansa na podanie dziecku tego dobrodziejstwa, a te trudne chwile nie trwają wiecznie. Dążą również do tych cudownych chwil, które dziecko spędza przy piersi i których żadne słowa nie są w stanie opisać.

    Moim zdaniem każda rozsądna mama, dbająca o dobro dziecka i posiadająca chociaż minimalną wiedzę w temacie laktacji podjęła by taka walkę jak Ewa bez zastanowienia.

  • Nessie
    21 grudnia 2013 at 21:46

    Jesli zmienia sie mleko mm z karmienia na karmienie to logiczne ze boli brzuch, trzeba troche poczytac o prawidlowym karmieniu mm.

  • Nessie
    21 grudnia 2013 at 22:03

    Nie wszystkie dzieci karmione mm od urodzenia cierpia ba kolki, biegunki etc tak gwoli scislosci.

  • Oczytana Mama
    21 grudnia 2013 at 22:12

    Tak samo nie wszystkie dzieci matek walczących o karmienie naturalne są "torturowane", powiedziałabym nawet, że żadne z nich nie jest.

    A po drugie którym miejscu piszę, że wszystkie dzieci karmione sztucznie cierpią na powyższe dolegliwości?
    Chociaż z tego co się orientuję to prawie wszystkie dzieci mają problemy z zaakceptowaniem modyfikowanego mleka.

  • Nessie
    21 grudnia 2013 at 22:16

    Moje nie mialo.
    Sytuacje sa rozne. Autorka pisze ze byl to koszmar i meka, ze dziecko wylo wiec jak dla mnie to zatracenie sie w dazeniu do kp za wszelka cene.

  • maniamamowania
    21 grudnia 2013 at 22:24

    Super, że są mamy, które się nie poddają. Przeczytałam cała historię i dokładnie rozumiem jak się czuła jej autorka. Niektórzy piszą, że nie rozumieją takiej walki, a to przecież jest prawdziwa miłość do dziecka, która daje tak ogromną siłę .

  • Hafija
    21 grudnia 2013 at 22:24

    Z doświadczenia wiem, że takie dyskusje wnoszą bardzo mało do właściwego sensu całego posta.Czy to jest czy nie jest zatracenie się autorki i jaki jest lub nie jest jej wybór i jej walka to nikt nie musi tego rozumieć ani rozbierać na czynniki pierwsze.

    To jest cykl dla mam karmiących piersią.
    Nikt nikomu nie każe postępować tak samo lub podobnie.
    Spotkałam w życiu nie jedną mamę która walczyła podobnie jak Ewa i jestem dla każdej z nich pełna podziwu i szacunku i myślę, że kontynuowanie tej donikąd prowadzącej dyskusji nie ma sensu.

  • Oczytana Mama
    21 grudnia 2013 at 22:34

    Nie odpowiedziałaś na pytanie?

    Dobrze to ujęłaś, że to dla CIEBIE zatracenie się w dążeniu do kp za wszelką cenę. Jak widać karmiące odbierają to inaczej, bo nie łapią się się tylko negatywnych stwierdzeń, lecz całego tekstu z którego wynika, wielka odwaga, poświęcenie, miłość i szczęśliwe zakończenie. Nie nazwała bym tego zatraceniem lecz rozsądkiem. Są też matki których dotyczył lub dotyczy ten problem, a jak wiadomo wsparcie w kp w Polsce jest niewielkie i dlatego właśnie potrzebne są takie wpisy, aby udowodnić, że MOŻNA jeśli się chce,

  • piegowata mama
    21 grudnia 2013 at 23:03

    Do pań, które nie rozumieją mojej walki: podjęłam się tej walki, bo tak podpowiadała mi intuicja. To było dla mnie naturalne. Wspierała mnie kinsultantka lsktacyjna, a pediatra nie widziała żadnych przeszkód, żeby karmić.

    Moja córka ma prawie 4 lata. Jest wesołą, zdrową dziewczynką. Trzy pierwsze miesiące jej życia są niczym w porównaniu z resztą jej życia. Gdybym wtedy się poddała bez walki do dziś bym była sfrustrowana i pewnie plułabym jadem na wszystkie matki, które karmiły, bo mi się nie udało.

    Nie oczekuję zrozumienia. Chcę tylko opowiedzieć swoją trudną historię, która zakończyła się sukcesem. Jeśli mi się udało, to może i Tobie się uda. Warto naprawę!

  • piegowata mama
    22 grudnia 2013 at 08:16

    Ja wiem, że Ty jako obrońca matek karmiących butlą zawsze znajdziesz argument przeciw kp, ale to już jest niedorzeczne. Zatracenie się to by było, gdybym dążyła pomimo braku poprawy, a porawa w końcu następowała. Zatracenie to by było, gdyby mojemu zdrowiu coś zagrażało lub zdrowiu córki, a tak nie było. Cała akcja walki o laktację odbywała się pod okiem fachowca i przy jej wsparciu. Jeśli Ty tu widzisz zatracenie to niepotrzebnie dramatyzujesz i chyba nie umiesz czytać 😛

  • Nessie
    22 grudnia 2013 at 12:52

    Alez kompletnie nie rozumiesz. Nigdy nie wystepowalam przeciw kp ale przeciw przesadzie. Poczytaj mojego bloga.p.s. obecnie karmie syna mieszanie

  • piegowata mama
    22 grudnia 2013 at 13:02

    Dziękuję za zaproszenie, nie skorzystam. Jeśli nie podobają mi się poglądy autorów to nie wchodzę na takie blogi i nie zostawiam komentarzy, może to będzie jakaś wskazówka dla Ciebie 😉 dla mnie przesadą jest czytanie blogów, z którymi się nie utożsamiam, dla mnie przesadą jest brak zaufania dla intuicji i wydawanie kupy forsy na proszkowe mleko krowie, jeśli można mieć najlepsze za free. Widać całkiem odmiennie definiujemy przesadę.

  • Mama Kangurzyca
    22 grudnia 2013 at 21:21

    Podziwiam szczerze.
    Znam wiele matek, które poddały się przy nieporównywalnie mniejszych trudnościach.

    Dla mnie również ten wybór jest naturalny i w pełni zrozumiały.
    A komentarze… cóż… temat kp jest (cholera wie, dlaczego) mocno kontrowersyjny, więc wiadomo… zawsze znajdzie się ktoś, kto kompletnie nie rozumie, DLACZEGO warto.

  • Violianka
    23 grudnia 2013 at 00:12

    Piegowata – szacun!

  • Mamani
    23 grudnia 2013 at 13:20

    Hafija, świetny pomysł z tymi historiami!
    Ewo, podziwiam Cię, już nigdy nie pomyślę, że miałam ciężko…Lubie Twój blog.

    Życzę radosnych Świąt! 🙂

  • Anonymous
    30 grudnia 2013 at 22:07

    Witam, przypadkiem tu trafiłam, czytam i czytam i myślę, że osoby, które piszą, że przesada i fanatyzm po prostu zazdroszczą. W swoim życiu osobistym i prywatnym spotykam wiele matek. Tylko raz usłyszałam od matki noworodka, że karmi sztucznie – od pierwszego dznia życia dziecka. Pozostale karmią piersią w szpitalu lub czasami mieszanie. Większość po powrocie do domu szybko przechodzi na karmienie mlekiem modyfikowanym. Nie wiem, czy jest kobieta, która nie miała żadnych problemów z karmieniem. U niektórych to nawały, u innych poczatkowo niewielka ilość mleka i to są chyba te mniej dotkliwe. Pęknięcia i rany są bolesne i na pewno szybciej powodują rezygnację. Podziwiam determinację Ewy. Sama karmiłam 18 m-cy, aktualnie się odstawiamy. decyzja została podjęta i trwa to kilka dni więc już za późno na wycofanie się, chociaż doszłam do wniosku, że mały chyba jeszcze by pocycolił. Musimy juz wytrwać, nie ma co robić dziecku wody z mózgu…

Pozostaw odpowiedź Mama Kangurzyca Anuluj pisanie odpowiedzi

Bezpłatne tapety

Bezpłatne e-booki