Opowieści Alma Mater część pierwsza – Moja Mleczna Droga (przez mękę)


Dzisiaj rozpoczynam zupełnie nowy cykl na blogu.

Będę w ramach tego cyklu publikowała Wasze historie karmienia piersią.

Każda z czytelniczek bloga może wysłać do mnie – także anonimowo – opowieść o swojej drodze mlecznej o walkach jakie stoczyła, żeby udało się karmić dziecko tym co najlepsze – mlekiem mamy. Forma tej opowieści może być różna.

Wiem, że takie historie mogą napełnić serca i umysły mam karmiących piersią a będących w kryzysie nadzieją i siłą, której na pewno potrzebują.

Dzisiaj pierwsza wzruszająca historia o walce i wytrwałości.

To że chcę wykarmić Potomka wiedziałam od początku ciąży, było to dla mnie tak oczywiste i naturalne, że nawet nigdy nie pomyślałam, że mogłoby być inaczej. 

 

W szkole rodzenia temat laktacji i technik karmienia został dość obszernie przerobiony, więc można powiedzieć, że wiedzę teoretyczną posiadłam. Wiadomo – urodzi się Potomek – przejdziemy do praktyki. 

 

 Mój sposób myślenia o laktacji z czasów ciąży można ująć tak: karmienie piersią to najbardziej naturalna rzecz na świecie, kobiety od tysięcy lat karmią swoje młode, instynkt mnie nie zawiedzie = damy radę, a wiadomo, że nie ma nic lepszego dla Młodego Ssaka niż mleko jego Mamy.

Podobnie myślałam o porodzie. Wiadomo, że od tysięcy lat kobiety rodzą dzieci, do tego jesteśmy stworzone, jest to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, a instynkt mnie nie zawiedzie. Poród miał być wręcz mistycznym przeżyciem dla mnie i Małżonka. A ból ? – oczywiście musi towarzyszyć porodowi, więc raczej nie nakręcałam się, że boję się bólu itp… Bardzo chciałam urodzić naturalnie…

Okazało się niestety, że ze względu na stan Potomka musiał On zostać wyciągnięty na światło dzienne nieco wcześniej. Długo nie było we mnie zgody na to cięcie, bo przecież ja tak bardzo chciałam Go URODZIĆ… ale ważne było, by przyszedł na świat bezpiecznie.

Po cięciu został do mnie przyniesiony i przystawiony do piersi.. to było cudowne…. Tu oszczędzę opisów, bo mogłabym dłuuugo się rozpisywać, ale nie o tym miało być ;)..

Pokarm miałam od początku, choć każda zmiana położnych próbowała mi wmówić, że „mleka nie mam, bo jestem po cięciu”. Ja każdej nowej położnej mówiłam, że „mleko mam, bo miałam już dawno temu” (od jakiegoś 32 tygodnia ciąży co noc budziło mnie mleko lecące z piersi) i że „mi leci” (tu demonstrowałam kropelki wydobywające się z mojej piersi).

W drugiej dobie przyszła położna i powiedziała, że Synuś spadł na wadze, więc trzeba go dokarmiać butelką, bo ja mam za mało pokarmu, no bo przecież jestem po cięciu. A w ogóle, to jestem słaba i czy na pewno chcę dziecko na noc. {tu hormony wyłączyły mi mózg, bo przecież wiedziałam o fizjologicznym spadku masy u noworodka, ale ponieważ położna sprawiała wrażenie zaniepokojonej faktem chudnięcia Mojego Dziecka, to powiedziałam – oczywiście, jak trzeba to go nakarmcie, a ja poczekam na większą produkcję własną… wiem, że gdybym była przy zdrowych zmysłach, nigdy bym się na to nie zgodziła}. Udało mi się chociaż przekonać położne, że na noc bardzo chcę mieć Synka przy sobie, bo bardzo chciały mi Go zabrać (pewnie po to, by dać butlę i mieć z nim spokój)… 

To była najpiękniejsza noc w moim życiu. Mały spał na moich piersiach, a gdy tylko się wybudzał z głodu jego usteczka same wędrowały do brodawki, ssał sobie trochę i zasypiał z powrotem. To było cudowne przeżycie.

Ale tu zaczynają się schody.

Synek karmiony butlą, z której smoczka leciało przy przechyleniu, szybko załapał, że butla jest fajna. To niestety przełożyło się na pogryzione brodawki. Kiedy zostałam wypisana do domu czułam się, jakby czołg po mnie przejechał – bolał mnie brzuch i nie mogłam się ruszać, bolały mnie piersi. Wróciliśmy do domu i zaczął się koszmar. Po jakichś dwóch dniach zaczęłam czuć się jak przy grypie – ogólne rozbicie, bóle mięśni, do tego temperatura 39,6. Zadzwoniłam do szpitala i usłyszałam, że mam łyknąć Pyralginę i jak mi do rana nie przejdzie, to mam się pojawić na Izbie Przyjęć. 

 

Do rana jakoś zrobiło mi się lepiej. Przystawiałam Małego, brałam ciepły prysznic przed i kładłam zimne okłady po karmieniu. Po Pyralginie czułam się lepiej. Wszystko wydawało się wracać do tzw. normy. Ze względu na ranę po cięciu nie mogłam w nocy spać na boku, co noc więc zasypiałam leżąc na wznak. Którejś nocy jednak moje obolałe ciało się zbuntowało i położyło się na boku. Z tego leżenia na boku ( i z jakiegoś ucisku) zrobił mi się zastój – mniej więcej na wysokości brodawki, z boku pod pachą. Zaczęła się walka, żeby Synuś ściągnął mleko z tego fragmentu piersi – okłady, zmienne pozycje (nawet karmienie spod pachy nie pomagało), częste przystawianie… Początkowo nie pomagało nic L. Wydawało mi się, że ten fragment piersi żyje własnym życiem… tak jakby w ogóle nie miał połączenia z resztą piersi. 

Z zastoju musiało się zacząć zapalenie – fragment piersi zrobił się czerwony i bardzo bolesny. Nie gorączkowałam, ale czułam się jak przy grypie. Wizyta u lekarza – dostałam antybiotyk. Ale jakoś chyba nie pomógł. Ogólnie czułam się trochę lepiej, ale na pierś chyba nie działał. Ból stawał się coraz gorszy. 

Kontrolna wizyta po kilku dniach – jest ropień (potwierdzony w badaniu USG). Położnik mówi mi, że mogę nadal karmić, jak dam radę (ale mam wrażenie, że sam w to nie wierzy, choć dodaje, że miał jedną pacjentkę, która karmiła mimo ropnia). Mówi, że nie szkodzi to dziecku, i że to, że w drugiej piersi nic się nie dzieje, nie znaczy wcale, że nie ma w niej bakterii, a dziecko i tak te bakterie ma, bo to bakterie pochodzące z jego buzi. Ten Położnik, to jedyna mądra osoba jaką w swojej drodze spotkałam.

No i się zaczyna… 

Dokładnie w dniu, kiedy Synek kończy miesiąc… 

Skierowanie do chirurga, nakłucie tego okropnego fragmentu, który wydawał się nie być wcale moją piersią. Nakłucie w miejscowym znieczuleniu jakimś chłodzącym płynem w sprayu, który tak naprawdę nie znieczulił tego bolącego miejsca, więc praktycznie nakłucie na żywca. Ból okropny, ale zaciskam zęby – w domu mój maleńki Synek czeka na swojego cycusia. Do tego chirurg znajduje jeszcze drugie miejsce w tej samej piersi, które podejrzewa o zastój i możliwość zropienia. Drugie nakłucie (znieczulenie jak poprzednio). Słyszę, że mam nie karmić, bo takie mleko z bakteriami szkodzi dziecku. 

Pokłuta i zbolała wracam do domu. 

Karmię jedną piersią, z drugiej ściągam mleko laktatorem. Po kilku dniach dostaję wynik badania bakteriologicznego – bakteria wrażliwa na stosowany antybiotyk, choć cały czas mam wrażenie, że nie do końca on działa. Zastanawiam się co robię źle karmiąc, że się te problemy z zastojem zaczęły. Czy źle przystawiam dziecko, czy ono nie ssie tak jak trzeba? Do tego na dole drugiej piersi (tej niby zdrowej do tej pory) znów czerwono i twardo. Przerażona wizją ropni w drugiej piersi jeszcze tego samego dnia wybieram się Poradni Laktacyjnej (oczywiście jak to w Polsce – wizyta płatna !!!  dodam, że w międzyczasie położna środowiskowa odwiedza mnie w domu jeden raz). 

A tu – Kobieta Anioł. 

Przemiła położna, która dotyka moich zbolałych piersi tak delikatnie, że mleczko samo zaczyna płynąć. Zbiera wywiad, bada Synka, obserwuje jak się karmimy. Okazuje się, że ja przystawiam go prawidłowo, a on prawidłowo ssie. Położna mówi, że nie ma zastrzeżeń. Stwierdza też, że mam takie piersi, że trudno się opróżniają, są zbite/zwarte i to dlatego. I niestety okazuje się, że z niby zdrowej piersi leci ropa L. Pobiera posiew, wysyła do chirurga. Okazuje się też, że Syn nieco za mało przybiera na wadze. Kobieta Anioł wylicza, że niestety trzeba Go zacząć dokarmiać, biorąc pod uwagę moje problemy, to mam Mu dawać niewielką porcję mleka modyfikowanego na czas trwania problemów, żeby zaczął lepiej rosnąć. 

Wypożyczam profesjonalny laktator, a pierś, która do tej pory była niby zdrowa ma iść w odstawkę, dopóki leci z niej ropa. Nowy antybiotyk. Kolejne kłucie z pseudoznieczuleniem, igłą jak dla słonia. Chirurg mówi, żebym już sobie dała spokój z tym karmieniem, bo nie dość że truję dziecko –bakterie, antybiotyki (!!!), to widocznie dziecko nie wyciąga z piersi tego mleka, skoro znów są problemy. W domu proszę Męża, by przygotowywał mieszankę, bo nie mogę znieść zapachu sztucznego mleka (moje mleczko nie ma dla mnie zapachu, natomiast zapach mleka z proszku mnie wręcz odrzuca). 

Dokarmiam Dziecko mlekiem sztucznym z ciężkim sercem. 

Moje mleko z tej drugiej piersi wydaje się czyste (tzn. nie widać w nim ropy), a mnie serce boli, kiedy kolejna butelka ma zostać wylana. Przestaję wylewać, zaczynam karmić Synka piersią, a właściwie piersiami – obiema chorymi. Już nie wiem, która teraz jest bardziej chora. Pierwsza też musiała zostać nakłuta raz jeszcze, bo znów mi się zaczynał problem. W przyszłości czeka mnie jeszcze jedno kłucie. Przeciwbólowo biorę ibuprofen. W nocy śpię owinięta od góry miękkim polarowym kocykiem, bo nawet bawełniane koszulki mnie urażają w piersi. Śpię na plecach, boję się spać na boku, bo zauważyłam, że rzeczywiście spanie na boku = problemy z zastojem. 


Niedługo potem mamy wizytę u pediatry. Ponieważ Synek nadal słabo rośnie mam karmić mlekiem modyfikowanym, a do tego dopajać glukozą (!!! Metoda dokarmiania stosowana za czasów mojej Mamy, dziś absolutnie odrzucona przez mądrych pediatrów)). Pierś ma być tylko do zabawy i pocieszania (!!!). Na moje stwierdzenie, że przecież jak zacznę go karmić pełną butlą sztucznego mleka i dopajać jeszcze glukozą, to pożegnam się z laktacją, pani doktor przytakuje, no ale „ważniejsze jest przecież, żeby dziecko rosło”. {nigdy oczywiście nie podałam Synkowi glukozy}

Nadal zaciskam zęby i przystawiam Synka pomimo bólu. Każde karmienie to niestety nie jest przyjemność bycia razem, tylko walka o mleko. Wzorując się na tym, co mówiła Kobieta Anioł wyliczam, ile teraz moje dziecko powinno zjadać. Ściągam swoje mleko. Co 2-3 godziny w dzień, co 4-5 godzin w nocy.

 Mam tabelkę, w której zapisuję wszystko – ile z której piersi ściągnęłam, czy ssał piersi, ile zjadł mojego mleczka, ile sztucznego itp. W sumie prowadzę te notatki przez około miesiąc. Jestem nieprzytomna – ściąganie w nocy, wstawanie do dziecka i ściąganie w dzień, żeby zaraz mu dać mleko – to przeradza się w jakiś wyścig z czasem i jest naprawdę wykańczające. 

 W międzyczasie zadziałał antybiotyk. Zaczynam czuć się lepiej, tak ogólnie lepiej – nie bolą mnie mięśnie, co odbieram jako wyraźny objaw poprawy. Na blogu Hafija.pl czytam, że laktator nie jest miarą laktacji (uff, czyli pewnie produkuję więcej niż to co ściągam…). Już dawno wiedziałam, że żaden laktator nie opróżni moich piersi tak jak moje Dziecko. Kiedy zauważam, że udaje mi się coraz więcej mleka ściągać z piersi i stopniowo moje mleko zaczyna w tabelce stanowić zdecydowaną większość pokarmu przyjmowanego przez Synka (jak tylko mogę staram się dokarmiać tylko własnym, by zrezygnować z mleka sztucznego), przestaję ściągać, przystawiam Go jeszcze częściej. 

W nocy śpimy razem, by mógł ssać pierś kiedy chce, a ja w końcu mogę go karmić leżąc na boku, bo piersi coraz lepiej są przez niego opróżniane. Przy kolejnej wizycie u pediatry mówię, że karmię piersią i już tylko trochę dokarmiam butelką (widzę coś na kształt pobłażliwości w oczach pani doktor – myśli chyba, że wcale nie mam pokarmu i jest przekonana, że Synek je sztuczne mleko).

Ogólnie jak sobie przypominam początki, to był to naprawdę jakiś koszmar.. a mimo wszystko miałam w sobie wiarę, że wszystko zależy ode mnie i po prostu musi mi się udać…

Kiedyś mówiłam, że marzy mi się, by karmić dziecko chociaż do końca 6 miesiąca….
Synuś skończył rok… wróciłam do pracy 5 miesięcy temu… i z dumą dodam: NADAL KARMIĘ PIERSIĄ…

Po czasie karmienia mieszanego udało nam się szczęśliwie wrócić do karmienia wyłącznie piersią… tylko i wyłącznie dzięki mojej wytrwałości.. a od czasu kiedy zaczęliśmy rozszerzać dietę, podczas gdy jestem w pracy, moja Mama karmi Synka moim mlekiem (odciągniętym w pracy dzień wcześniej) i innymi dodatkowymi daniami…

A po powrocie z pracy mamy sesję cycusiania

Po czasie bólu i cierpienia (oraz stresu, że Synuś nie rośnie) przyszedł czas, kiedy mogłam zacząć się cieszyć karmieniem piersią… uwielbiam te tylko nasze chwile, kiedy trzymając pierś w buzi Synek uśmiecha się do mnie, zawadiacko na mnie spoglądając … i te pomrukiwania przy jedzeniu  … i tę radość kiedy widzi, że podnoszę bluzkę i zaraz będzie cycuś…

Jestem pewna – było warto… choć czasem się zastanawiam skąd miałam tyle siły i samozaparcia, by nie poddać się w połowie drogi… ale przecież odpowiedź jest prosta – mleko to najlepsze, co dziecko dostaje od matki…

I kiedy słyszę od koleżanek/znajomych, że któraś nie karmiła, bo nie miała mleka po cięciu cesarskim, a inna, bo jej się szybko skończyło, to tylko się uśmiecham…. Nie wszystkie znajome znają moją historię…

Ale ja wiem jedno – jak się chce, to można….

Mleko jest w piersiach, ale laktacja – w głowie…

Życzę Wszystkim długiej i szczęśliwej Mlecznej Drogi, bo to piękny czas dla Mamy i Dziecka.

Hafija

Nazywam się Agata. Hafija.pl to najlepszy mainstreamowy blog o karmieniu piersią.

12 komentarzy

  • swiadomerodzicielstwo
    21 listopada 2013 at 08:58

    Uff, wzruszyłam się tą opowieścią. Taka niesamowita siła – zarówno fizyczna, jak i psychiczna. Prawdziwa siła woli. Kolejny dowód na to, że miłość Mamy i troska o malucha potrafią zdziałać cuda i pozwalają pokonywać trudności 🙂

  • Matka Kwiatka
    21 listopada 2013 at 09:04

    Dzielna, niesłychanie wytrwała kobieta! Wspaniała historia!

  • Matka Aniołów
    21 listopada 2013 at 09:42

    Podziwiam za wytrwałość i gratuluję 🙂

  • Kobieta blogująca
    21 listopada 2013 at 10:07

    Wiem, że wiele mam miało problem z karmieniem, mnie na szczęście to ominęło. Czy pozytywne opisy też można przesyłać?
    Pozdrawiam 😉

  • Hafija
    21 listopada 2013 at 12:52

    Oczywiście !

  • zmorapotwora
    21 listopada 2013 at 18:01

    Co to za dziwne pomysły ze po cc nie ma mleka? Jestem dwa miesiace po 2 gim cc, nie mialam zadnego klopotu ani za pierwszym ani za drugim razem. Mleko tryska. Aczkolwiek niestety od poloznych w szpitalu słyszalam takie brednie laktacyjne ze az strach. Jak tu mamy maja nie watpic w swoje mozliwosci karmienia jak co druga polozna wmawia ze trzeba dokarmic, moze zabrac na nioc to mama odpocznie, albo najlepsze…po 7 min karmienia odstawic i dac smoczka bo po 7 min to juz nieefektywnie ssie. ZGROZA

  • Anonymous
    21 listopada 2013 at 18:21

    Teoria jest taka, ze mleko pojawia sie po przejsciu dziecka przez kanal rodny, a nie ze przez hormony, oddzielone lozysko itp…brednie totalne… a kazda polozna powinna przejsc gruntowne szkolenie w temacie laktacji…albo zapoznac sie z blogiem Hafijki:))

  • my sons mum
    21 listopada 2013 at 21:27

    Brawo Kobietko, jesteś wielka!!!!!!!!

  • Kaffiarka
    22 listopada 2013 at 00:04

    Fajny tytuł cyklu, a mamie pogratulowac samozaparcia i intuicji 🙂

  • Daria rybaZONE
    22 listopada 2013 at 15:38

    fajny cykl 🙂 moja historia laktacji też jest dowodem na to, że można pomimo wielu poważnych przeciwności ! duża moc jest w nas kobiety

  • Mariola Majka
    23 listopada 2013 at 00:32

    Piękna historia!

  • Oczytana Mama
    28 listopada 2013 at 22:25

    Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś miał, aż takie problemy!!! Jesteś wielka, że je przezwyciężyłaś, czytałam opowieść z wielkim podziwem.

skomentuj

Bezpłatne tapety

Bezpłatne e-booki