Uczyć się rodzić czy się nie uczyć?


Strasznie często dostaję maile od przyszłych mam z dwoma powtarzającymi się pytaniami:

1. Jak rozpoznać, że poród już się zaczął?
2. Czy warto chodzić do szkoły rodzenia?

Postanowiłam napisać o tym osobny post.

Szkoła rodzenia – ja mówię, że warto!

Ale nie do byle jakiej.

Nie do takiej gdzie na zajęciach głównie maluje się brzuszki, uczy jogi i tańca brzucha oraz afirmuje „stan błogosławiony”. Ja polecam szkoły przyszpitalne, najlepiej refundowane (trzeba odpowiednio wcześnie się zapisać).

Zdaję sobie sprawę, że nie wszędzie można znaleźć SR albo dostępność do bezpłatnej opieki jest ograniczona. Jeżeli jednak mamy możliwość znalezienia takowej, albo stać nas na udanie się do prywatnej jeżeli jest taka w okolicy to zróbmy to. Szpitalne mają tą przewagę, że często zajęcia prowadza w nich osoby z personelu oddziałów położniczych. Wielu rzeczy można się dowiedzieć, których nie doczyta się w książce ani nie powie tego koleżanka.

Przede wszystkim, czego ja się dowiedziałam, to jak rozpoznać że to już i że trzeba lub nie trzeba jeszcze jechać do szpitala.

Przynajmniej raz w tygodniu dostaję takie zapytanie na swoją skrzynkę mailową. Wytyczne w podręcznikach i internecie są różne, odmienne – ja kierowałam się jedynie tym czego dowiedziałam się na SR i wyszło to nam na zdrowie.

 

Kolejna rzecz – przeszkolenie z zakresu pierwszej pomocy! 

Bardzo ważna sprawa często bagatelizowana. Filmek w Internecie i rycina w książce nie zawsze oddadzą to w jaki sposób nalezy udzielić dziecku pomocy (np w zakrztuszeniu) W szkołach rodzenia często są fantomy, które można uciskać i ćwiczyć oddechy i ułożenia! Nie każdą mamę stać na oddzielny kurs pierwszej pomocy dziecięcej, ale chyba większości z nas zdarzyło się, że mleczko, bułeczka czy inne cudeńko poleciało „w niewłaściwą dziurkę” i trzeba było mocno klepnąć dziecko między łopaty – czasem trzeba o wiele więcej niż klepnięcie! Pierwsza pomoc powinna być wręcz obowiązkowa dla obydwojga rodziców!

Warto dowiedzieć się czy w SR są zajęcia z psychologiem dla rodziny ciężarnej, często i gęsto bagatelizowany jest problem depresji poporodowej a wiedza na jej temat jest dla rodziny ciężarnej bardzo ważna.

Przynajmniej jedne zajęcia powinny być poświęcone laktacji, temu dlaczego po porodzie mleko nie tryska i dlaczego i czy to znaczy że się nie najada, jak rozhulać laktację, jak sobie radzić z nawałem, jak przechowywać pokarm ile dziecku spada waga po narodzinach i co to znaczy.

Kąpiele, przewijania, ubranka, pielęgnacja pępka – tematy ważne ale nie kluczowe i na pewno nie warto przez nie rezygnować ze szkoły.

Dobrze by było gdyby były ćwiczenia dla ciężarnych, na pewno powinien być trening oddechu torem przeponowym.

No i bardzo ważna sprawa – omówienie faz porodu pod kątem tego czego się można spodziewać i jak sobie pomóc, oraz praktyczne opisy tego jak np zostanie podane znieczulenie, jakie ma efekty uboczne, jakie korzyści, jakie są przeciwwskazania. (my m.in macaliśmy wenflony, u koleżanki był anestezjolog który wiele rzeczy powiedział od podwórka których nie mówi się w gabinecie lekarskim, a czego ja musiałam szukać na własną rękę –  o krwiakach podtwardówkowych) Na szkole rodzenia powinni przygotować też do tego jak przyspieszyć fazę rozwierania (niesamowite ile kobiet teraz podczas skurczy rozwierających leży w łóżku!!) jak korzystać z piłki, jak z drabinek, jakie pozycje pomagają jakie są niewskazane, kiedy poprosić o znieczulenie a kiedy już nie da rady.

Mnie podobało się to że siedziałam w pokoju z 13 dziewczynami (i ich towarzyszami) które tak jak ja miały  rwę kulszową gadały o pięknym łóżeczku które widziały gdzieś tam, o bodziakach, o pieluszkach… o rzeczach którymi nikt prócz mnie w otoczeniu nie ekscytował się na tyle, żeby to ze mną omawiać ze szczegółami 🙂

A jak się dobrze trafi to prowadzące podpowiedzą nieoficjalnie, jak oprócz ojcowskiego dostać dodatkowe dni „wolne” dla tatusia, albo przedłużyć macierzyński… ale ja o tym nic nie mówię 🙂 Powinna się też znaleźć lekcja nt planu porodu.

 

Podsumowując…

uważam, że warto, uważam, że oprócz standardowego „wie się że to już” i wiary we własny instynkt porodowy nieco wiedzy praktycznej nigdy nikomu jeszcze krzywdy nie wyrządziło. Kiedyś kobiety nie potrzebowały szkół rodzenia, bo przecież to naturalne urodzić dziecko i do tego zostałyśmy skonstruowane, ale kiedyś rodziło się w domu, w asyście rodziny, dziewczynki i młode kobiety widziały jak rodzą inne kobiety, co się dzieje jak się dzieje – teraz mamy idealne porody w TV, teraz często mamy nie wiedzą kiedy przeć, jak przeć, kiedy rozpoczyna się druga faza i co to jest druga faza. Często nie zgłębiają problemów okołoporodowych a trzeba wiedzieć, że nie wszystko może pójść zgodnie z planem. Myślę, że nikt nie wyjaśni pewnych kwestii bardziej obrazowo niż położna która odbiera porody lub anestezjolog który codziennie znieczula mamy. Po sobie wiem jak bardzo wkurzało mnie stwierdzenie że „wie się” kiedy poród się zaczyna – mimo, że teraz sama tak mówię, to szkoła rodzenia pomogła mi usystematyzować to „sięwiedzenie” – więc po zajęciach „się wie bardziej”.

Spotkania są zwykle w miłej około dzieciowej atmosferze, prowadzące często zostawiają namiary na siebie mailowe lub telefoniczne. W przyszpitalnych szkołach (u nas tak było) prowadzące umawiały wizyty kursantek na konsultacje specjalistyczne w szpitalu, na konsultacje u dyrektora szpitala itd.

Jeżeli najważniejsze kwestie są omawiane rzetelnie to na pewno fajnie jeżeli jest jeszcze miejsce na bellypainting, ćwiczenia relaksacyjne, naukę masażu stóp żony, czy motanie w chuście (matki motające z góry przepraszam za takie odsunięcie chusty na dalszy plan, ale szkoła rodzenia powinna przede wszystkim dotyczyć rodzenia IMHO) albo zwiedzanie porodówki.

Wiem, że nie każda mama ma poczucie że potrzebuje takiej szkoły, ja osobiście wychodzę z założenia że wiedza rozwija, natomiast niewiedza może szkodzić i jeżeli mamy szansę uczestniczyć w szkole rodzenia to warto 🙂 szczególnie, że często gęsto położne na zajęciach „normalizują” obraz porodu jaki matka ma w głowie i uświadamiają – często bardzo oderwanym od rzeczywistości mamom, że poród to krew, wysiłek, ból i oczywiście nieubłagana fizjologia – czyli zupełnie coś innego niż w ‚amęrykąńskych fylmach” 🙂

Polecam przede wszystkim szkoły rodzenia refundowane, a dobrą alternatywą mogą być „korki” indywidualne z doświadczoną Doulą 🙂

Hafija

Nazywam się Agata. Hafija.pl to najlepszy mainstreamowy blog o karmieniu piersią.

32 komentarze

  • Anuszka
    5 lipca 2012 at 08:32

    Oj mnie tez wszyscy powtarzali, że nie potrzebuje szkoły rodzenia bo to tak naturalne wszystko i że intuicja mi podpowie. Intuicja podpowiadała mi tylko tyle, że poród jest be i że trzeba iść na cc. Na hasło poród reagowałam agresywnie. Dopiero szkoła rodzenia, długie rozmowy z położną, skonkretyzowanie całego procesu porodowego, jego korzysci dla dziecka, dały mi obraz taki jaki powinnam mieć. Rzetelna wiedza jeszcze nikomu nie zaszkodziła… choć wiem, że sąosoby mimo wszystko na nią oporne, co martwi :/ Ze swojej strony polecam takie szkoły o jakich piszesz – z personelem, który potem będzie z toba przy porodzie, pracującym na oddziale danego szpitala. Taka świadomość bardzo pomaga. I rzetelne szkoły – to podstawa, nie żadne tam pisanie listów do nienarodzonych czy malowanie podobizny malucha na brzuchu – to owszem jest strata pieniędzy.

  • soul10
    5 lipca 2012 at 08:43

    Korzystałam ze szkoły rodzenia i zdecydowanie bardzo sobie to chwalę. Wiedza, którą tam zdobyłam pomogła mi podczas porodu ale również podczas tych pierwszych dni z maluszkiem. Zgadzam się z Tobą, że ważne jest by wybierać sr mądrze, ja poszłam do takiej gdzie prowadząca ją położna pracuje w zawodzie 15 lat i tak naprawdę jest prekursorką szkół rodzenia na pomorzu, zdecydowanie chodząca z niej encyklopedia wiedzy z genialnym podejściem, optymizmem i fantastycznym poczuciem humoru.

  • Hexe
    5 lipca 2012 at 09:00

    Ja nie korzystałam ze szkoły rodzenia, ale bardzo mi pomogła wizyta na oddziale. Poszłam tam z położną i parami ze szkoły rodzenia właśnie. Wszystko zostało fajnie wyjaśnione, kiedy co jak i po co.

  • czarownica A.
    5 lipca 2012 at 09:00

    Ja osobiście każdej, która np ze względów zdrowotnych na szkołę rodzenia nie może uczestniczyć, polecam Doulę 🙂

  • Bobobebe
    5 lipca 2012 at 09:02

    tez korzystalam ze szkoly rodzenia i uwazam, ze tego typu szkoly sa bardzo potrzebne. Bardzo sobie chwale zajecia na temat karmienia i laktacji, oddychania, ćwiczenia fizyczne, śpiewaliśmy kołysanki z ludzmi z Filharmonii- co prawda mój mąż powiedział, że śpiewać nie będzie bo fałszuje, ale ja naśpiewałam się za wszystkie czasy. pOdobały mi się też zajęcia z pięlęgnacji maluszka. Tego typu szkoły jednoczą rodziców i maluszka, zwiększają świadomość i przygotowują. Choć muszę się przyznać, że w trakcie porodu wszystko zapomniałam co mam robić, jak oddychać i nie wiedziałam co się ze mną dzieje;)

  • Zaradna Mama
    5 lipca 2012 at 09:07

    Mnie spotkała paradoksalna sytuacja – do szkoły rodzenia musiałam przynieść pozwolenie od ginekologa, że mogę brać udział w zajęciach. Ginekolog mi go nie wydał, bo miałam zagrożoną ciążę i byłam na zwolnieniu. Na nic moje prośby, żeby chociaż na zajęcia teoretyczne się zgodził (w szkole rodzenia była teoria + ćwiczenia dla ciężarówek). Mimo przeczytania ton podręczników i poradników dla ciężarnych, w dniu porodu byłam najbardziej spanikowaną i najmniej przygotowaną rodzącą na oddziale :-/ Po 15 godzinach porodu wzięli mnie kompletnie wyczerpaną na cc 🙁

  • anjami
    5 lipca 2012 at 09:16

    Bez szkoły też się urodzi bo wyjścia nie ma:/ Ja również uważam, że szkoły są przydatne. Ja nie mogłam chodzić, gdy chciałam się zapisać okazało się, że muszę leżeć. Potem leżąc na sali porodowej modliłam się żeby trafić na położną, która mi pomoże i o to, by w takim momencie móc skupić się i słuchać tego, co do mnie mówią. Udało się:) Choć wiem, że szkoła nie gwarantuje dobrego porodu. Koleżanka chodziła – wszystko zapomniała, a podczas porodu nie potrafiła zastosować poleceń położnych i strasznie popękała…Ja żałuję, że nie mogłam chodzić do SR, bo gdybym chodziła mogłabym rodzić w wodzie i miała możliwość porodu rodzinnego.

  • AnnaR
    5 lipca 2012 at 09:23

    Wiele moich koleżanek nie chodzi do szkoły rodzenia bo "mam młodszego brata wiem jak sie opiekować maluszkiem" "oddychanie jest na youtube mozna cwiczyc" "za drogo" . cóż ja nie mogłam chodzic do przyszpitalnej, bo rodziłam w innym mieście a to była szkoła dla mieszkanek tego miasta. Ale wybrałam polecana szkołę, fakt nie najtansza, ale zajec było 11, po 3 godziny, wykład, fitnes dla mam i tatusiów i ćwiczenia oddychania 🙂 i mozliwosc dzwonienia jak cos sie dzieje 🙂
    to swietne wsparcie psychiczne dla mamy taka zaufana położna, po tygodniu pojechaliśmy do pani Basi z małym żeby go zobaczyła, zobaczyła jak karmię itp. Na wizytę domową przyjdzie położna z przychodni, ale nie znam jej, gdyż ciaże prowadziłam prywatnie.
    Jeżeli ktoś myśli że szkoła rodzenia jest niepotrzebna dla niego, to niech pomyśli o swoim partnerze. Mój mąż uważnie słuchał na zajęciach o połogu. Pani Basia przygotowała panów na płacz, radość, smutek, na bezradność mamy. W pierwszych dniach dużo płakałam, chyb a odreagowywałam stres. Mąż był dzielny siedział obok przytulał i głaskał. Robi obiadki i herbatkę, sprząta i pierze. A ja czuję się z każdym dniem lepiej 🙂 I już nie płaczę, tylko cieszę się, że mam taką wspaniałą rodzinkę 🙂

  • Kobieta
    5 lipca 2012 at 09:26

    Hafija, dzięki Ci za ten post! Nawet nie wiesz, jak wielką radość mi nim sprawiłaś! 🙂
    Chodząc do szkoły rodzenia czuję się w gronie moich znajomych jak samotny stateczek na wielkim oceanie. Może nikt nie neguje mojego udziału w szkole rodzenia, ale nikt też się nie zachwyca, że robię coś więcej dla siebie i dziecka niż tylko bierne czekanie na poród.
    Miło jest wiedzieć, że ktoś mnie rozumie 🙂

  • AliSwiat
    5 lipca 2012 at 09:39

    Moje doświadczenia z porodu są trochę inne, ponieważ rodziłam za granicą. Nie chodziłam na SR, bo część ciąży "przechodziłam" w PL a cz"część" w UK i jakoś nie mogłam tego ogarnąć. Ale pomogły mi wizyty z położną ( w UK nie chodzi się na wizyty do gina tylko do położnej),dodatkowo dostałam książke o ciąży, w której było na prawdę bardzo dużo przydatnych informacji (o diecie, o karmieniu, o przewijaniu, o etapach ciąży, o porodzie, o pozycjach do rodzenia, o środkach znieczulenia itp, itd). Poza tym "milion" ulotek. Przed porodem zrobiłam plan, jak chcę, żeby wyglądał poród a potem omawiałam go z położną, co też pozwoliło mi przygotować się w miarę do tego wielkiego wydarzenia. Ale tak na prawdę to brakuje mi jednak tych rozmów z innymi mamami, dzielenia się doświadczeniem, słuchania i opowiadania historyjek brzuszkowych. Ja z ciążą byłam "sama" (choć z mężem- ale to ja nosiłam brzuch i rozterki). Na szczęście jak się wszystko zaczęło to opanował mnie spokój i mogłam co 10 minut dzwonić do szpitala i się pytać czy już mogę przyjechać /hahahaha/. Podsumowując, chociaż nie chodziłam na SR to jednak radziłabym pójść każdej "ciężarówce" ale tylko do takiej o jakiej Ty piszesz:)

  • Kitek
    5 lipca 2012 at 09:59

    my chodzilismy na szkołę rodzenia i wszystkim znajomym sie wydawało, że to wygląda jak na amerykanskich filmach – czyli siedzimy na podłodze i symulujemy poród ;-P
    może stąd dość częste wątpliwości, czy chodzic czy nie chodzic na szkołę rodzenia – bo nie wiadomo co na takich zajęciach się dzieje..
    mi szkoła rodzenia wiele dała, chociaż przy porodzie połowy wskazówek zapomniałam i działałyśmy z położną trochę intuicyjnie (książkowe wskazówki pani doktor – dość już leciwej- nie przynosiły oczekiwanego efektu).
    a co dot ego kiedy wiadomo, że zaczął się poród – ano wiadomo po prostu i już! też pod koniec ciąży zadawałam sobie ciągle to pytania – skąd będę wiedziała, że to już.. ale jak siedząc w poczekalni u ginekologa czekałam na ktg i zaczęły mi się skurcze to od razu wiedziała 😉

  • Anonymous
    5 lipca 2012 at 10:24

    Ja chodziłam do szkoły rodzenia przy szpitalu, w którym zamierzałam rodzić i dużo się dowiedziałam. Wiedziałam dokładnie co ze sobą wziąć, jakie informacje są potrzebne i co najważniejsze dowiedziałam się, ze mogę wcześniej umówić się z położną na wstępną rejestracje by w godzinie zero mieć luz. Tak też zrobiłam. Przyszłam na konkretną godzinę, pani wpisała do komputera wszystkie dane, info o lekach jakie biorę, chorobach, namiary na lekarza prowadzącego ciąże, adresy punktów w których robiłam badania i nawet adres wybranej przychodni dziecka. Wprawdzie i tak do szpitala szłam 3 dni przed porodem z powodu zatrucia ciążowego, ale i tak było łatwiej bo tylko pokazałam dowód osobisty i wszystko już wiedzieli. Przyjecie na oddział trwało 2 minuty.
    A co do opieki nad noworodkiem to najbardziej mi pomogła super położna środowiskowa z przychodni.całe szczęście, że miała podobne podejścia jak ja co do hartowania i zimnego chowu.
    Nessie

  • Matka Kwiatka
    5 lipca 2012 at 10:24

    ja byłam na takich zajęciach właśnie, prowadzone przez położne ze szpitala. mnie się to podobało i pomogło. uśmiałam się rzecz jasna, bo babki naprawdę niesamowite, strzelały stwierdzeniami typu "Łożysko jest takie piękne" – czuło sie miłość do wykonywanej pracy i bardzo mnie to uspokoiło. od laktacji miałam już tylko (a raczej aż) położną, która przychodziła przez dwa tygodnie od porodu.

  • Kararelka
    5 lipca 2012 at 10:28

    Ja się nie załapałam na SR bo rodziłam w październiku a pierwsze zajęcia były 30 września, chcieliśmy się zapisać no ale wyszło jak wyszło.
    Za to od lipca co 2 tyg trafiałam do szpitala(przez wodonercze i skurcze), najczęściej na weekend. A w weekendy w szpitalu położne i lekarze organizowali pogadanki dla ciężarnych na patologii ciąży. 🙂
    Świetna sprawa, dowiedziałam się naprawdę dużo rzeczy, dodatkowo można było zapytać o to, co nas niepokoi. Porodówkę odwiedzałam w ten sposób 2 albo 3 razy.
    Myślę, że w kwestiach kosmetycznych dotyczących noworodków powinno się dowiadywać tuż po porodzie, bo wcześniej połowa rzeczy wylatuje z pamięci, trzeba czytać i pytać od nowa.
    Ale kwestie porodu jak najbardziej lepiej ogarnąć wcześniej.
    Na pogadankach nikt mnie nie uczył oddychać i przeć, ale trafiłam na cudowną położną, która umiała mi powiedzieć co i jak mam robić.

  • Kararelka
    5 lipca 2012 at 10:31

    Ach…a jesli chodzi o to, że wiadomo kiedy to poród… Też mi powtarzano, że będę pewna, że to już. Tyle się nasłuchałam…Skurcze przepowiadające miałam długo i dosyć mocne, więc jak się zaczęło, wlazłam do wanny i skurcze regularne zmieniły się w nieregularne, męczyłam się w sumie od 20 do 6 rano kiedy to mąż przyszedł z pracy, poleciała mi krew i dopiero poszłam do szpitala hehe, a tam rozwarcie na 4 czy 6 cm. 😛

  • Młodzi-Rodzice
    5 lipca 2012 at 10:31

    ja powiem tak.. chciałam isc do szkoly rodzenia ale po pierwsze przyszpitalna kosztowała 500 zł a po 2 gdy nadszedł czas na szkołe rodzenia to niestaty stan zdrowia nie pozwolił .. w sumie sie ciesze ze nie bylam 🙂 sama sobie jakos poradziłam .. połozne w szpitalu szybko wyjasniły co i jak mam robić i pord właściwy trwał 15 minut:) ogolnie niecałe 2 godziny trwał poród .. nie bylo zle – sama wyczytałam w internecie ze jak sie chodzi to sie przyspiesza poród:) wiedzialam to wszystko i szkola rodzenia nie byla mi potrzebna 🙂 a 500 mialam w kieszeni 🙂

  • ewanka
    5 lipca 2012 at 10:49

    ja tam nie chodziłam do żadnej szkoły rodzenia i dało się radę urodzić i to naturalnie i bez znieczulenia i wcale się też nie zraziłam do następnych, bo mam trójkę dzieciaczków 🙂

  • Anna
    5 lipca 2012 at 11:14

    Również chodziłam do przyszpitalnej szkoły rodzenia prowadzoną przez położną ze szpitala lecz mam złe doświadczenia – w szkole rodzenia co innego a w szpitalu też co innego np. położna mówi ,że nie trzeba kupować kremu na obolałe sutki bo mają tego pod dostatkiem i wystarczy poprosić. Tymczasem w szpitalu gdy potrzebowałam takiego kremu usłyszałam – proszę sobie kupić na dole jest apteka,w której nota bene, produkty są dwa razy droższe. Poza tym na szkole rodzenia mówili,że pielęgniarki pomagają na początku z karmieniem- pokazują jak to się robi, dają cenne wskazówki itp. Tymczasem gdy poprosiłam jedną z pielęgniarek aby mi pomogła usłyszałam – "a nie czytała Pani poradników, coś słabo się Pani przygotowała", strasznie nie miłe. No cóż ale to są moje doświadczenia, z tego co tu czytam to Wy macie pozytywne doświadczenia i samych takich Wam życzę 🙂 Pozdrawiam

  • Anonymous
    5 lipca 2012 at 11:24

    Hafija pisze o innych aspektach szkół rodzenia, o laktacji, pierwszej pomocy, a tutaj że "szkoła rodzenia potrzebna jest do urodzenia, tylko i wyłącznie" Myślenie szwankuje.

    Sama chodziłam do SR przyszpitalnej i nie gratis a 300 zł, wszystkie elementy wymienione przez hafiję były podjęte, łącznie z przewijaniem i uciskaniem mostków, ale , i tu powrócę do pierwszego akapitu, człowiek w trakcie ciąży i jakiś czas po niej, jest kompletnym kretynem ledwie kojarzącym i trudno zapamiętującym. Szkoła rodzenia to nie doktorat a jednak traktuje o rzeczach daleko bardziej odpowiedzialnych a słuchaczy ma, no właśnie, trudno zapamiętujących. Co z tego, że trafi się nawet do najlepszej SR gdy wyczerpanie porodem nie pozwoli pamiętać o sposobie przystawiania do piersi czy dlaczego pierwsze siku jest czerwone. Stąd niezbędna jest obecność partnera lub innej, drugej osoby, która przynajmniej ogarnie temat.

  • Blondynka
    5 lipca 2012 at 12:27

    kiedys nie bylo szkol rodzenia a dzieci sie rodzily i bylo ok

  • mama Gabryśki
    5 lipca 2012 at 13:01

    pod tym wszystkim co piszesz podpisuję się rękoma i nogami, ale od siebie dodam jeszcze jedno:)
    ja na szkołę rodzenia z różnych względów nie chodziłam i bardzo tego żałuję, bo poza tym wszystkim o czym piszesz trzeba pamiętać jeszcze, że w czasie porodu nie tylko matka jest ważna i o jej komfort, zdrowie i życie się dba, ale również, a może przede wszystkim o to, żeby maluszek urodził się zdrowy. to właśnie dlatego trzeba ćwiczyć oddychanie, i to właśnie dlatego warto wiedzieć wcześniej, że podczas parcia dobrze jak mąż, partner, osoba pomagająca przy porodzie położy mamie rękę na brzuchu żeby wiedziała, że przy parciu ma się starać jakby wypychać tę rękę. no i jeszcze raz – oddychanie, oddychanie, oddychanie, bo ja trafiłam na super położną, która zdołała do mnie dotrzeć w tej trudnej chwili i wytłumaczyć mi kilka kwestii, ale lepiej jednak w pełni władz umysłowych dowiedzieć się i postarać zapamiętać, że podczas porodu oddychamy za dwoje, bo tlen jest potrzebny nie tylko mamie, ale dziecku, które przez tą swoją cudowną pępowinę, mimo naszego wielkiego trudu i wysiłku musi dostawać też ten tlen. to naprawdę bardzo ważne, i ja właśnie z porodu zapamiętam, że był cudownym przeżyciem, oraz słowa położnej: Małgośka, oddychaj dla małej do jasnej cholery, oddychaj!! i na koniec powiedziała: dobra robota mamusia, ale za drugim razem nie chcę cię tu widzieć jak nie pójdziesz do szkoły rodzeni:)

  • Anonymous
    5 lipca 2012 at 14:57

    Nie było kiedyś ok.
    tak, też znam te pogardliwe tony u naszych mam, teściowych i ciotek. Tylko im przychodnia przypominała o szczepieniach zawiadomieniami, one karmiły piersią max 3 miesiące lub nawet niemal wcale twierdząc, że nie mają pokarmu, one wierzyły że małe piersi to mało pokarmu a jeśli już to chude. Nie twierdzę, że to wszystko uczy SR, od tego są również książki, ale bez SR czy książek rodzi się dziecko ale i zabobony wynikające z niedouczenia i zbyt mocnego zaufania niedouczonym starszym matkom jako źródle wszelkich rad. Obecnie podobnym zagrożeniem jest zbytnia ufność netowi, bez sprawdzenia źródła, i wyskakiwanie z tymi mundrościami przed lekarzem.

  • Hafija
    5 lipca 2012 at 15:53

    😀 list do nieurodzonych 😀 nawet nie wiedziałam, że takie coś jest!

  • Hafija
    5 lipca 2012 at 15:54

    Moja położna też miała poczucie humoru i często wybuchałyśmy radosnym śmniechwm

  • Hafija
    5 lipca 2012 at 15:56

    🙂

  • Hafija
    5 lipca 2012 at 16:10

    Oczywiście że się urodzi bez szkoły rodzenia, innego wyjścia nie ma 🙂 ha ha ha :))) Kiedyś nie było SR i się rodziło 😀 No ale kiedyś każda była standardowo cięta, nie było znieczulenia, rodziło się plackiem na plecach ;)Każdy poród jest inny i różnie sie może "porobić" w trakcie, sr może przygotować na rożne sytuacje których rodząca może nie brać pod uwagę. Nie każda kobieta potrzebuje takiej pomocy ale nie demonizujmy takich zajęć jako bezużytecznej paplaniny. Można na SR nabyć cenną wiedzę o tym co przed i co po, iść na poród bardziej świadomym. SR nie ma zapewnić gładkiego porodu, ani nauczyć rodzić kobietę – tego sie nie da wykuć jak wiersza z książki.

  • Anonymous
    5 lipca 2012 at 17:17

    W mojej szkole rodzenia też wymagali zgody ginekologa, ale do uczestnictwa w ćwiczeniach praktycznych.Dwie babki z założonym szwem na szyjce macicy tylko siedziało na pufach i się przyglądało.
    Nessie

  • Kararelka
    5 lipca 2012 at 17:56

    Oczywiście, że kiedyś nie było szkół rodzenia, nie było usg, nie było wizyt u lekarza w ciąży, i 30% dzieci umierało przy porodzie albo w ciągu kilku dni, nie mówiąc już o położnicach.
    Wkurza mnie nieziemsko takie gadanie, kiedyś i kiedyś… jak się chce porównywać, to wszystko a nie pojedyncze przypadki!

  • córka
    5 lipca 2012 at 19:49

    mi szkoła rodzenia wiele dała.
    nauczyłam się przede wszystkim odpowiednio oddychać.
    poród został przedstawiony w właściwy sposób i była lepiej psychicznie do niego przygotowana.

  • Ola
    5 lipca 2012 at 23:20

    Ja chodziłam do szkoły rodzenia 9 lat temu, kiedy urodziłam pierwszą córkę. Jeszcze wtedy nie była tak fajnie zorganizowana jak piszesz, ale mimo wszystko dużo mi dała, miałam pewne doświadczenie i wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi, mając wtedy 24 lata okazało się że bez szkoły nie wiele wiedziałam.

  • Hafija
    5 lipca 2012 at 23:27

    Ja się z Tobą zgadzam w 100%! Dlatego to napisałam. Mam czasem wrażenie jak słyszę "kiedyś tego nie było" że oznacza to, że powinnyśmy się umęczyć bo kiedyś nie było znieczuleń, albo cofnąć do jaskini bo kiedyś nie było domów. Powiedzenie "stare dobre czasy" czyni niekiedy wyjątkowe spustoszenie!

  • Olka
    6 lipca 2012 at 12:21

    Jestem w 19 tygodniu ciąży i też mam zamiar iść do szkoły rodzenia, chociaż od rodziny mojego narzeczonego co chwilę słyszę " a po co Ci to?" " a ona nie chodziła i jakoś dała radę", " a po co strata pieniędzy" itd, itd. A ja dalej uparcie twierdzę, że idę ponieważ chcę wiedzieć przed wszystko co jest możliwe i chcę być dobrze przygotowana. Bo "ona" nawet nie wiedziała kiedy pojechać do szpitala, a ja chcę takie rzeczy wiedzieć. I chcę mieć poczucie tego "sięwiedzenia" o którym piszesz.
    Musze przyznać, że bardzo podobał mi się ten post, i jeszcze bardziej utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że idę i już! 🙂
    Niestety przy moim szpitalu była szkoła rodzenia, ale teraz została przeniesiona. Ale i tak do niej pójdę bo wiem, że jest najlepsza 🙂

skomentuj

Bezpłatne tapety

Bezpłatne e-booki